Czas: 28. V. - 2. VI. 2002
Skład - 5 osób: Wojtek Chemijewski czyli Żaba jako szef, Kasia z Kamilem, Janek i Lilka czyli ja.
Cel tych wypocin.
* Cel pierwotny - zapisywałam na bieżąco, co się działo na szczególne życzenie mamusi "bo potem to się zapomina szczegóły"
* Cel wtórny - "piszesz kronikę wyjazdu? To może byś wrzuciła na stronę internetową." Czemu nie? Z paru względów warto mieć taką stronę.
Relacja jest podzielona na dni, numerowane dzień pierwszy itd. Stanowi moje subiektywne wrażenie i wyraża mój sposób postrzegania świata. Nie jest żadną kroniką. Prędzej możny by było określić to słowem, a tfu, tfu, pamiętnik. Cóż za niemodne dziś słowo. I jeszcze kojarzy się z nudą. Zresztą, kto wie jakie będziesz miał, drogi czytelniku, wrażenia? Chetnie się zapoznam : Lila@gwozdzie.dhs.org Jak kto dotrwa do końca, to tam oczywiście będzie ten adres jeszcze raz powtórzony.
Wyjechaliśmy we wtorek wieczorem, Warszawa żegnała nas deszczem.
Dzień 1 - środa
Dojazd do Lwowa - spoko, nawet można było się w autobusie na 2-3 siedzeniach wyciągnąć i przespać -tak mało osób było. I bardzo dobrze. Lwów robi wrażenie. Miasto z charakterem, nawet z okna autobusu, czy tramwaju - bardzo ładna, ciekawa, staranna architektura. Nawet jeśli coś jest stare, czy biedne. Jednocześnie bruk na ulicy: kostka kocie łby i straszne dziury. Straszne! W stolicy, na głównych ulicach. W tramwaju bilety sprzedaje specjalna pani w fartuszku granatowo-białym, kojarzy mi się raczej z panią z baru mlecznego. Nie kazała nam zapłacić za bagaże.
Dalej jechaliśmy do /Miszchirie/ (piszę fonetycznie nazwę, w oryginale jest podobnie, tylko cyrylicą) lokalnym autobusem - wreszcie mogłam się wyciągną na 5 siedzeniach z tyłu. Nawet nie spać - wyspałam się w miarę - tylko poleżeć. Choć trochę się zdrzemnęłam. Jak zasuwał serpentynami to raz o mało nie wypadłam - obudziłam się i zdążyłam jeszcze chwycić za oparcie siedzenia, a poleciałabym ładnie, bo leżałam tyłeczkiem w stronę kierowcy. Dziwnie może się wydawać, że tak, ale po prostu znudziło mi się ciągle na jednym boku, to sobie urozmaiciłam, ale po tym incydencie to szybciutko wróciłam do pozycji gdzie środek ciężkości mojego ciała leżał wyraźnie w zagłębieniu siedzenia. Jakbym się zrypała, to głowę miałam przy tylnych drzwiach, wleciałabym bardzo nisko na schodki. W sumie można było położyć głowę "od drzwi", ale to bym miała blisko do ziemi. Ino bałam się, że mi będzie tam słońce świecić w oczka. A w końcu słońca nie było. Jechaliśmy od Lwowa jeszcze 200 km, przez 6 godzin za ok. 2,5 dolara za bilet od osoby, czyli nasze ok. 10 zł. U nas by pewni było ze 20zł. Tyle, że może trochę szybciej. Ale za to kierowca był bardzo uprzejmy. Sprawdzał, czy jesteśmy wszyscy jak ruszał z postojów, otworzył nam WC na jednym dworcu. No, i tak około 13 dojechaliśmy do tego /Miszchirie/ Potem wzięliśmy samochodzik i za 20 /hrywien/ (ok. 20 zł) dojechaliśmy do podnóża Piszkonii.
Plecaki z samochodu na szosę. Przepakowanie do marszu, chwila zastanowienia, którym grzbietem i hajda!
No, tak, grzbiet grzbietem, ale żeby się do niego dostać to jeszcze trzeba by przejść przez sporą rzekę/ Szukaliśmy mostu. Najpierw kawałek w jedną Potem zapytaliśmy i w związku z tym kawałek wróciliśmy. Potem jeszcze trochę pozataczaliśmy się z lewa na prawo i z prawa na lewo, żeby poomijać płoty i znaleźć dobre wyjście na grzbiet. Nie wystarczyło iść po gradiencie wysokości, czyli idąc na rympał w górę, bo przed nami było śliczne urwisko, wysokie, a długie, co to sobie je nasza rzeczka malutka wyżłobiła. W końcu żeśmy wyleźli przecinając górą dwa płoty dla owiec i z góry bardzo ładnie rzeczka wygłądała. Zakole mocno podcinało zbocze, urwisko co najmniej kilkanaście metrów, i w wodzie takie białe grzywy wzburzone od kamieni.
Wyrypaliśmy pod górę po dziko stromym zboczu, a w międzyczasie rozgrzmiało się i rozpadało. Im wyżej byliśmy, tym dokładniej nas przemaczało. Dosłownie byliśmy mokrzy do majtek. Rozbiliśmy się na pierwszym wypłaszczeniu w lesie, dziwiłam się, że tam się takie zdarzają na takim stromym zboczu, a jednak było, tak jak Wojtek przewidział. I dobrze, bo ani w grzmotach nie pójdziemy na grań, co by nas nie trafiło, no, i przemoczeni, zmarznięci i z nasiąkniętymi plecakami nie byliśmy fizycznie w stanie długo iść (jeszcze po podróży!)
Ognisko to tak, jak powiedział Kamil, jakby chcieć rozpalić pod prysznicem. Dopiero jak trochę przeszło to Kamil z Kasią i Żabą zrobili obiad. Żaba zasuwał po wodę na dół, ale tak ciężkie było podejście w deszczu i stromości, że nie poradził i wylał, żeby w ogóle dojść do namiotów. A gwizdek był w robocie, bo padało tak, że krzyków nie było słychać, nawet z namiotu do namiotu trzeba było krzyczeć, choć blisko stały. Las wszędzie taki sam, Żaba dłuższy czas łaził i gwizdał.
Dzień drugi.
Jak się obudziłam to bolał mnie kręgosłup po spaniu na kamienistym podłożu. Śpię zwykle na boku i skręcałam trochę biodra, żeby było mniej twardo, no, a ramiona miałam prosto, i przywaliło mi tam właśnie na skręcie.
Rano lało. Ale potem przestało. Kamil dzielnie poszedł na dół po wodę, bez deszczu to już się dało jakoś. A wszyscy trenowaliśmy śpiew na głosy przy wciąganiu na siebie mokrych, zimnych i obrzydliwych spodni, podkoszulek i butów. Jak się rozgrzało, to było ciut lepiej, na szczęście potem sobie już powoli wszystko oprócz butów na nas wyschło.
Wyleźliśmy na grzbiet i panorama była 360 stopni i to po kilka, kilkanaście pasm. Jak to w Gorganach, ale kompletnie inaczej niż w Polsce. Nie dość, że zatykało z piękna, to jeszcze te widoki były przez cały dzień, przez cały czas jak grzbiet i dzień długi, do wieczora. Słońce nawet było, ino wiało okrutnie. Jak wieje 10 minut, to długo się wydaje, a to wiało cały dzień. Szlismy 7 godzin - cały czas wiało. A my grzbietem, grzbietem. Siadaliśmy na zawietrznej, żeby jeść.
Nie było zasięgu na szczycie. Tylko śladowy, ale nie dało się nic wysłać, sms wracał. Zgłaszały się też pozaukraińskie sieci. Ale też raptem ze śladowym zasięgiem.
Muszę powiedzieć, że pod koniec dnia byłam "zleziona" i zmęczona. A wieczorem jakoś tak źle mi się siedziało przy ognisku. Może wszyscy byli zmęczeni? Co zrobiłam, to "nie!, nie tak!, uważaj co robisz!" W cholerę jasną. Ja się staram pomóc, a tu wszystko źle - to w cholerę jasną taki interes, poszłam sobie od ogniska na spacer. Są takie dni na wyjazdach, że albo kogoś pogryźć, albo płakać. Tylko smutno mi było, że to już drugiego dnia, zwykle takie "przesilenia" są po tygodniu. A w najtrudniejszym momencie mojego samotnego spaceru podniosłam oczy i był niesamowity widok na góry, kolejne pasma i doliny, (wysoko spaliśmy). Jakoś mnie to otrzeźwiło i podniosło na duchu, piękne rzeczy z przyrody zawsze na mnie tek działają. A chyba wszystkim było gorzej, może to zmęczenie po prostu. Po jedzeniu jakoś tak lepiej się zrobiło, i mi, i ogólnie. A żarcie było pyszne! i to o dziwo, było to soja, tak, tak, to nie pomyłka, soja w postaci ordynarnej proteiny, tyle że namoczona w rosołku, i miała super sosik z żywą cebulą, i przecierem i nie wiem co tam jeszcze włożyli, ale po prostu było to dobre.
Po zjedzeniu towarzystwo rzuciło się do namiotów, w ferworze zalewania ogniska mało mi nóg nie zalali. Jakoś obroniłam resztę ognia, obiecałam, że zgaszę i zostałam sobie jeszcze trochę susząc skarpety i patrząc w dogasające węgle. Ja tego, kurcze, nie rozumiem. Dla mnie ogniska ma swoją magię. Nie mówię, żeby przesiedzieć całą noc, jak następnego dnie trzeba wstać. Ale, żeby poczekać trochę, aż się powoli dopali. I ma to praktyczne aspekty - mniej wody idzie do gaszenia, a czasem nawet wcale - po wodę chłopaki dygali z baniakiem na dół spory kawał. A dodatkowo jak się troszkę poczeka po wypiciu herbaty, żeby się przefiltrowała przez nereczki, to nie trzeba potem w nocy wstawać z cieplutkiego śpiwora. Już nie wspomnę o tym, że palące się ognisko ma w sobie coś specjalnego, a żar kiedy dogasa kojarzy mi się z zasypiającym miastem, takim widzianym jak z samolotu. Coraz ciemniej, ciemniej, aż zgaśnie, to ma swój rytm. I wcale nie trwa długo, pół godziny, może godzinę. Bardzo to lubię. A że jestem "sowa", czy też "nocny marek", to i tak o 22 do śpiwora mi się nie spieszy. Jak mam godzinę czekać na sen, to wolę posiedzieć przy ognisku. Zabawne są opowieści "rannych ptaszków": jak się położysz, to zaśniesz. Aha, akurat. Już chrapię. Zdąża mi się jak jestem chora, albo niewyspana. Tylko, że wtedy to mogę spać o dowolnej godzinie dnia, więc i wczesnym wieczorem też. W południe też równie dobrze. Natomiast zmęczenie fizyczne mi nie przesuwa godziny zasypiania. Bo taki argument też się pojawił - jak będziesz zmęczona to zaśniesz. Doprawdy. Rozumiem, że większość populacji faktycznie rano wstaje, i że cywilizację mamy ustawioną na godziny ranne. I "nocnych marków" jest mniej. Ale to nie znaczy, ze wszyscy mamy tak samo. I to nie są żadne fochy, czy przyzwyczajenia. Przestawić się na ranną godzinę można owszem. Tylko, że to kosztuje, i męczy. A jak się wtedy czuje "nocny marek" - to łatwo można "skowronkowi" wyjaśnić: niech się sam przestawi na pewien okres czasu na późne kładzenie się. Da się. Będzie cierpiał? Pewnie tak. No, właśnie. Więc teraz wie, co ja czuję i niech zamknie dziób. Zresztą nie muszę przecież ludzi nawracać, niech sobie myślą, co chcą byle mnie przed 8 nie budzili. I nie mówię tu o okazyjnych wcześniejszych pobudkach, kiedy jest ku temu powód, tylko o permanentnym wcześniejszym wstawaniu. Ja innych nie zmuszam do siedzenia, to i niech mnie nikt nie nawraca na ranne wstawanie "bo tak trzeba". A tfu! Na szczęście przyszedł do mnie Jasio i razem popatrzyliśmy na dogasający ogień, bo samemu kontra grupa występować to strach, czułabym się jak wyrzutek. A jak wróciliśmy do namiotu to Żaba chrapał rozgłośnie i nic mu nie przeszkadzało, że szeleścimy. Twardo cały czas chrapał, chyba zdrowo zmęczony był skoro spał tak mocno, w ogóle się nie obudził.
Dzień trzeci.
Kolejna noc mimo, że kamienie były tuż pod trawą, upłynęła mi w komforcie, bo sobie sprytnie podłożyłam pusty, wypatroszony plecak pod tyłeczek, a resztę rzeczy pod plecki, no i było mi miękko w efekcie. Dobrze, że mam badziewny system nośny w plecaku, "plecki" są tylko trochę pogrubione, i maja raptem dwie nędzne szyny, żadnego profilowania, ani regulowania zaczepu szelek, czy takich tam przeciętnie stosowanych udogodnień, i dzięki temu dobrze się nadają na materac. Oczywiście gorzej działa przy noszeniu większych ciężarów, ale ja nie chodzę z większymi ciężarami, bo zdycham i padam już przy małych, więc dla mnie taki plecak wystarczy. A do tego bez profilowania i udogodnień jest lżejszy o jakieś 0,5 kg niż normalnie. Taki plecak z wewnętrznym stelażem, to cięższy jest niż zwykły ze stelażem. Materiał i szkielet waży swoje. Przeciętnie waga takiego z wewnętrznym stelażem to ok. 2 kg, a mój plecak waży 1,5 i to mi też wpłynęło na decyzję o kupnie, choć nie był to najistotniejszy parametr.
Trzeci dzień był zabawny. Do trzeciej po południu minął nam czas na próbie przejście góry z kosówką. W końcu po różnych próbach obchodzenia i po naradzie, długiej, ale moim zdaniem dobrej, bo rozpatrującej wszystkie możliwości, (Żaba jak dla mnie bardzo się tu sprawdza jako kierownik) obeszliśmy ją dołem, przez dolinkę. I wtedy już ostatecznie wiadomo było, że nie wejdziemy na Strymbę. Takie były pierwotne plany w wersji ambitnej. Siedzieliśmy na grzbiecie, już po sforsowaniu dolinki, i patrzyliśmy na Strymbę. Widać było półkole grzbietów, którym można było iść. Tylko, że długie troszkę. Ale bardzo ładna góra.
Potem grzbiet stał się jak z bajki o elfach. Ziemisty, ale bardzo stromy. A świerki , mimo że duże miały jeszcze te suche gałęzie, same główne konary, takie niemal do ziemi. A że szybko teren się obniżał po bokach grani, to jeszcze było czasem góry widać. To trudno opisać. Ale najmocniejsze wrażenie zrobił na mnie właśnie ten niesamowity, baśniowy grzbiet. Nazywał się ... Jakby kto chciał tam się kiedyś przejść.
Jako, że pora była późnawa, a przestało nam się na tą Strymbę spieszyć, to rozbiliśmy się wcześniej, na bardzo sympatycznej przełęczy. Tylko niespodziankę stanowił fakt, że na zboczu to spoko, ale na wypłaszczeniu, teren który wydawał się śliczną zieloną trawką okazał się podszytym mchem obszarem źródliskowym. Cała łąka była podmokła, aż chlupało, jak się szło. Na przełęczy, tak wysoko. Śmiesznie, nie?
Następnego dnia czekało nas SCHODZENIE do cywilizacji.
Dzień czwarty.
Głównie byłam zmęczona. Albowiem tego dnia schodziliśmy doliną, a co to znaczy niech przybliży fakt, że pierwsze 3,8 km (Żaba miał fachowy sprzęt do mierzenia odległości ) szliśmy 4 i pół godziny. Tiaaa.... Przez pierwszą godzinę to się jeszcze zachwycałam przyrodą, bo faktycznie bajkowa dolinka, świerki, mech, potoczek. Potem coraz trudniej było przekraczać go z lewa na prawo i z powrotem po kamieniach. Potem zaczęliśmy iść bokiem po zboczu, tyle, że ono było okrutnie strome, a jeszcze do tego leżały drzewa zwalone, się raz górą, raz dołem, przy strumieniu, wesoło było. W drugiej godzinie to jeszcze się cieszyłam, że po takim trudnym terenie to całkiem sprawnie pomykam. Zwykle lezę gdzieś na końcu, a tam mi w tych krzakach i kamieniach nawet sprawnie szło. A w trzeciej godzinie byłam już zbyt zmęczona tym terenem, żeby się cieszyć. Już czekałam tylko na koniec tej doliny, a dopiero było południe.
Jak już się trochę poszerzyło i przy strumieniu było coś na kształt łąki, tylko podmokłej bardzo, to pojawiły się pełniki. Duże żółte kwiatki, podobne do jaskrów, tylko, że i większe i pełne, czyli mające dużo płatków. Rosło tego pełno i nawet pachniało ładnie. A śmiesznie wyglądały pąki, bo owszem, zielone, ale nie zwinięte w kulkę, stulone jak zwykle z pąkami bywa, tylko wyglądały jak miniaturki rozwiniętych kwiatów: płatki były mniejsze, zielone, ale rozchylone.
Na tej podmokłej łące zrobiliśmy sobie herbatkę - trzeba było znaleźć suchsze miejsce, żeby nam pupki nie zmokły. Jakaś górka się znalazła, nawet stary kopiec podgniłego siana tam był. Zupka z epigaza podreperowała nam siły i poszliśmy dalej. Choć jak dla mnie to już by się mogła wycieczka skończyć. Bardzo mnie utrudził teren, twarde kamienie przy potoku odbiły podeszwy stóp, a jeszcze do tego od poprzedniego wieczoru dołożyło mi się zapalenia ścięgna. Szłam w bandażu, ale albo musiałam mocno ścisnąć i wtedy bolała od tego stopa, albo trochę poluzować, to stopa przestawał, a zaczynało boleć to cholerne ścięgno. Ten męczący dzień na pewno mu nie zrobił dobrze, ale w cywilizacje zejść trzeba, przecież mnie nie zniosą.
W dalszej części doliny pojawiła się już stara droga, tyle, że strumień wyżłobił sobie już inaczej koryto i miejscami drogę zmyło. Trzeba było sforsować rzeczkę, a już duża była. Pierwszy pomysł by przejść bez butów nie wywołam entuzjazmu nawet u pomysłodawcy - kamienia śliskie jak jasny pierun, prąd silny, spycha stopy, tak że podcina, woda lodowata, a jeszcze nie daj Boże jak by się stanęło na jakiś ostrym kamyczku, można spokojnie się skaleczyć - przechodzimy z ciężkimi plecakami. Wygrała w końcu wersja drzewna: przejść po pniu.
Wcześniej mieliśmy okazję przećwiczyć takie przejście na krótkim odcinku i bez plecaków - strumień był jeszcze na tyle wąski by je sobie przerzucić. Teraz trzeba było z plecakiem. Każdy sobie pozaciągał uprząż na sobie, żeby mu się plecak nie kiwnął w którąś stronę, bo by się zlądowało w wodzie. Na szczęście było tam na tyle płytko, że utopić to by się raczej nie utopił, raczej tylko potłukł, a jak się ma pecha, to może i co złamał, i zamoczył dokumentnie. Ale nie tak głęboko, żeby plecak dociążył. Na naprawdę dużej rzece to nie wiem czy by nie trzeba było przechodzić w rozpiętych paskach. No nic, tu było jeszcze dostatecznie płytko, choć na kicanie po kamieniach za głęboko (trzeba pamiętać, że kamień który nie wystaje z wody to jest porośnięty glonami i bardzo śliski). Pierwszy ruszył Janek. Przechodził siedząc bokiem i powolutku przesuwał się, balansując jednocześnie, żeby go plecak nie przeważy do tyłu. Pikanterii dodawały gałęzie, bo pień nie był tak całkiem gładki. Resztki sterczały troszkę. Mam po takiej jednej nieduży, ale dobrze wybarwiony siniak na udzie. Jaś zwyciężył, co nas zachęciło do dalszych prób. Pozostali wybrali jednak wariant, że by usiąść jak się dosiada konia i iść przodem. Tak łatwiej utrzymać równowagę, choć chyba ma się większy kontakt z tymi sterczącymi gałęziami. Kamil wybrał sąsiedni pień, bo choć sporo cieńszy, to był gładki. Ja się bałam, że stracę równowagę, wybrałam grubszy i siniaki, Kasia i Żaba też. I wszyscy szczęśliwie suchą w miarę nogą (pod koniec trzeba było zeskoczyć w płyciznę) przeszli.
Potem po stu tysiącach lat marszu na odbitych stopach doszliśmy do klauzy? kluzy?, nie moge jakoś zapamiętać nazwy. Taki budynek nadwodny, czy raczej nad-tamowy, skąd spławiało się dalej drewno. Tylko, że trzy lata temu była powódź, woda lała się ponad dachem budynku i teraz już nie ma ani budynku, ani tamy, ani jeziora. Rzeczka sobie płynie swobodnie.
Do cywilizacji i autobusu zostało nam ok. 8 km. Wieczór zapadał. Stopy Janka, Żaby i moje paliły jak ogień, nie wiem czemu Kasia z Kamilem wyszli z tego obronną ręką. Może mieli nie tylko dobre, ale i stosunkowo nowe buty, gdzie jeszcze działała sprawnie warstwa antyszokowa w podeszwach? A może po prostu mieli dobre buty. Ale zmęczeni byliśmy wszyscy i jako, że przy cywilizacji, przy wiosce zazwyczaj nie bardzo jest jak się robić i spać, to spaliśmy przy klauzie. Okazało się, że można tam wynająć pokój u ukraińca, kosztowało to po 5 hrywien od łepka, czyli jakieś 5 zł, a oszczędzało nam rozbijania namiotów i co ważniejsze pakowania ich rano. Jedzonko ugotowała dzielnie Kasia, przy niedużej naszej pomocy. Zjedliśmy i poszliśmy spać.
Dzień piąty.
Wstaliśmy o barbarzyńskiej porze 4.30 (polska 3.30), żeby rano być w miejscowości. Tu taki zwyczaj, że autobus potrafi być o 6 rano i to jeden na dobę. Doszliśmy na ok. 6, może 6.30. Wieś budziła się powoli. Od gór ciągnęło chłodem. Wschodziło słońce. Ludzie wyganiali krowy na pole. Robiliśmy herbatkę na epigazie. A jak coś jechało, to uprawialiśmy sprint, żeby ustawić się w widocznym miejscu i zamachać. Żaba, Janek i ja mieliśmy odparzone stopy, więc nasz bieg wyglądał malowniczo: jak przetrącona kaczka. Moje zapalone ścięgno pogorszyło się po tych wszystkich przemarszach, wiec tak średnio miałam ochotę biegać do samochodów. Swoje wybiegałam. Ale powinnam z tym leżeć (siedzieć) a nie chodzić. Związanie bandażem pomaga, ale i tak było gorzej niż poprzedniego dnia. Całe "chrupało", takie śmieszne uczucie, nawet nie ból, to jest efekt zagęszczenia mazi stawowej, czy jak sie tam ona nazywa, tak że się zwiększa tarcie i stąd to "chrupanie". No, i to trzeba zatrzymać na tym etapie i leczyć, bo się może powikłać: zrost zrobić, albo ścięgno zerwać, albo trwałe bóle mogą zostać. Tfu, tfu. Potem, na dworcu kolejowym było podle: jakoś tak, czuję się ignorowana przez towarzystwo: proszę żebyśmy usiedli, skoro gadamy, a tu zero reakcji, jakbym nic nie powiedziała. No, to oświadczyłam, że idę usiąść i poszłam. Dobrze, że był Janek na tym wyjeździe. Jakbym była tu bez niego, to by kupili sobie bilety beze mnie i bym się chyba załamała. A tak kupili bilety dla siebie, oprócz mnie i Janka, bo on do mnie podszedł do tej ławki. I tak mi jakoś było raźniej, że te bilety dla nas to we dwójkę dokupujemy, a nie ja sama. Może nie dość jasno artykułuję, że nie mogę chodzić przez to ścięgno, bo jak coś na ten temat powiedziałam, to się dowiedziałam, że "wszystkich przecież nogi bolą". A ja zamiast powiedzieć, że ja mam jednak dodatkowe kłopoty ze ścięgnem, to się po prostu speszyłam, i zamknęłam. A nie bardzo mi się chce każdemu tłumaczyć konsekwencji zapalonego ścięgna. Raz tłumaczyłam Żabie wczoraj, jakoś nic to nie dało, to się zniechęciłam. Zresztą czemu ludzie mieliby się przejmować moją chorą stopą i coś dla mnie robić. Przecież nie jestem ani ich rodziną, ani nikim specjalnie ważnym. Tyle, że ja bym po prostu komuś takiemu, z chorą nogą pomogła. I chyba jednak liczyłam trochę na to. Ale z drugiej strony trzeba oddać sprawiedliwość, że w górach dbali o mnie. W sumie tyle co rozstawiałam namiot i trochę drobiazgów przy ognisku zrobiłam. Nie gotowałam, o dziwo. Zwykle gotuję. I dobrze, że mi oszczędzili, zwłaszcza dwa ostatnie dni, jak bajka ze ścięgnem się zaczęła. Choć nie sądzę, że to ścięgno było powodem, tylko chyba to, że obiad i tak trzeba zrobić, to go robili. A jak Lilka siedzi w kącie to niech siedzi. No i wychodziłam na jednostkę niechętną i aspołeczną. Nie wiem jak to, kurczę, zmienić, bo gdy się czymś przejmuję to się zamykam w sobie a to tylko pogarsza sprawę. Chyba tak już zostanie. I przerzucę się ze zdobywania gór na sporty wodne, żeby mi się nie rwały ścięgna i żebym nie była tak strasznie zrypana. Może góry są po prostu dla mnie za ciężkie i już. I trzeba kontynuować rodzinne tradycje żeglarskie, i dać sobie spokój z lataniem po szczytach. A jak się ma więcej siły to się wtedy lepiej człowiek udziela towarzysko.
Opiszę trasę. Z tej malutkiej wioseczki górskiej do której się bladym świtem ostatniego dnia doturlaliśmy pojechaliśmy busem, który okazał się być regularnym kursowym autobusem w tej właśnie postaci do miasta na granicy ukraińsko-słowackiej, które się zwało Użgarod. I chcieliśmy dalej na Słowację. Ale z dworca trzeba było dostać się do przejścia, a najlepiej znaleźć autobus, żeby od razu pojechać dalej kilkadziesiąt kilometrów, do linii kolejowej. Jakiś łepeczek z taksówki z ulizanym wyrazem twarzy proponował nam podwiezienie, przekroczenie granicy, i przejechanie tych, tam 35km, do miasta, skąd będą chodzić autobusy, którymi możemy pojechać dalej i dostać się miasta z pociągami. Ale bezpośrednio to nie, i chciał 10 dolarów od łba. Zdania w grupie były podzielone, ale ostatecznie uznaliśmy, że za drogo i bardzo dobrze, bośmy w końcu zapłacili sporo mniej.
Złapaliśmy busik do granicy za 15 hrywien (czyli 15 zł, czyli ok. 4 dolary ) za całość, za wszystkich znaczy, plus 5 hrywien na łapówkę, żeby przejść pieszo przez przejście samochodowe. A potem ugadaliśmy ukraińca z samochodem i te 35 km przejechaliśmy za 50 hrywien, czyli około 12 dolarów za wszystkich. Co w cale nie jest tak znowu tanio, ale nie było autobusu, bo uciekł i długo byśmy czekali na następny, który był w dodatku przelotowy. I tak, w sumie zapłaciliśmy 16 dolarów za wszystkich, a nie 50, jak chciał ulizany łepek z taksówki, który się bardzo spieszył i nas poganiał, żebyśmy nie sprawdzili alternatywnych rozwiązań.
Na przejściu trzepali nam bagaże, pierwszy raz w życiu ktoś mi do rewizję robił, ale nie było zbyt dokładnie. I chcieli jakiś świstek wjazdowy. Jeśli dobrze zrozumiałam to chcieli nawet dwa, z których jednego nie mieliśmy, nawet chcieliśmy wziąć w Rawie Ruskiej, bo wiedzieliśmy, że taki kwit chcą potem, gdy się wyjeżdża innym przejściem. Ale nam nie dali, twierdzili, że takich nie dają. Trudno. A drugi kwitek, to taka mała obdarta karteluszka, tak 3 na 8cm mniej więcej, z pieczątką z datą i jakimś zygzaczkiem, który mógł uchodzić za podpis, albo, równie dobrze, za próbę rozpisania długopisu. Na szczęście miał to Kamil, i po nerwowej chwili grzebania po kieszeniach i to tych obozowych, utytłanych spodni, znalazł. I ja zdębiałam, gdy zobaczyłam, jak to wygląda. Jakbym coś takiego znalazła w moim paszporcie, to bym wywaliła do kosza, uznając za śmieć. Uff, przeszliśmy.
Potem był samochód ukraińca, i mieliśmy pół godziny do autobusu, którym łapaliśmy pociąg. W pół godziny łyknęliśmy mały obiad w barze, licząc na obiad właściwy w tym mieście z pociągiem. Dojechaliśmy do miasta. I mieliśmy ponad 4 godziny do pociągu. Akurat czas na to żeby wrzucić bagaże do przechowalni (tam są takie taniutkie przechowalnie! złotówkę od plecaka!) i iść na obiad.
Strasznie długie wyszło mi to pisanie. Wypadałoby jeszcze opisać podróż powrotną. Może zrobię wersję uzupełnioną. Zwłaszcza jeśli będzie społeczne zapotrzebowanie.
PV (w przeciwieństwie do PS, czyli "po napisaniu", PV znaczy "po przybyciu")
Ścięgno zgoiło się dobrze. W miarę szybko, bez powikłań. Już mogę znowu zasuwać.
Lilka
Wrażenia, sugestie, pytania, dobre rady, itd, jeśli miłe, to z przyjemnością, jeśli nie całkiem miłe, to z westchnieniem przeczytam jeśli wyślesz na adres:Lila@gwozdzie.dhs.org